Seminarium nadal trwa ...
[WR] Na seminarium było... właściwie, raczej wciąż „jest”. Tak, to chyba pierwsza i najważniejsza refleksja. To seminarium nadal trwa.
Ale zaczęło się już w drodze...Zatrzymani wcześniej w pobliżu stacji benzynowej podczas rutynowego ćwiczenia z uważności przy tankowaniu, nie wiedzieliśmy jeszcze jak ważne będzie to przypomnienie podczas kolejnych dni.
Podróż pełna przygód w wielokilometrowym korku ponownie zatrzymana, dała chwilą wytchnienia niespodziewanie przypomnieć sobie o cierpliwości. To było ważne przypomnienie.
Zwątpienie dawało się uciszyć tylko wsparciem zespołu.
Nie było lekko.
Nic to. Daliśmy radę.
Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że kolejne dni będą przypominać nam o tych trzech prawdach niezmiennie.
Najważniejsze to zachować uważność. I znów to samo, co zawsze. Lewa bardziej w stronę mato. To ułatwia trafianie. Uważaj co robisz. Uważaj jak to robisz.
Uważność.
Najlepszym sposobem na powtórzenie ruchu instruktora jest powtarzanie ruchu instruktora. I jeszcze raz to samo. Tylko teraz trzeba zrobić to dobrze. Taaaa, dobrze. No, to jeszcze raz. Aż będzie naprawdę dobrze.
Cierpliwość.A żeby było łatwiej to do Twojej dyspozycji jest jeszcze czterech ludzi. I macie to zrobić równo. Równo to znaczy inaczej, niż robicie to teraz. Jeszcze raz. Wszyscy razem.
Zespół.I dlatego daliśmy radę.
[JS] Jak zwykle Witek wycisnął esencję. I kilka kolejnych „złotych myśli” do naszego kącika.
Tak naprawdę impreza zaczęła się wykluwać dla nas w połowie lutego, kiedy dzięki wydeptanym rok wcześniej ścieżkom dostaliśmy informację o tegorocznej edycji EKS. Początkowo było sporo obaw, czy uda się zapisać (ciągle nie mamy krajowej organizacji), ale tutaj duże podziękowania dla Senseia Feliksa Hoffa. Od dłuższego czasu zauważa obecność kyudo w „nowych” krajach i stara się ten rozwój aktywnie wspierać. To dzięki niemu wszyscy chętni mogli w seminarium uczestniczyć (pomimo problemów z miejscem) a najliczniejsza grupa (z Niemiec) miała osobne seminarium nieco wcześniej, żeby umożliwić uczestnictwo kyudokom z innych krajów. Problemem oczywiście są i pewnie będą finanse. Koszt seminarium wynosił w tym roku około 350 EUR (ale w tej opłacie było już kompletne wyżywienie i noclegi). Do tego podróż do Frankfurtu i kieszonkowe na „zimne napoje”. Biorąc dodatkowo pod uwagę wysoki kurs EUR to nie jest to pozycja, którą można zaniedbać w rocznym budżecie. Niestety w przyszłym roku jak wiadomo seminarium odbędzie w Japonii, więc koszty będą jeszcze większe.
[MM] Formuła seminarium w obecnej formie powinna ulec zmianie w kierunku redukcji liczby uczestników. 350 osób w kategorii mudan-shodan oznaczało bardzo niewiele możliwości do strzelania podczas zajęć. Być może celowe byłoby umożliwienie zdawania egzaminów najliczniej reprezentowanym grupom, a więc francuskiej i niemieckiej, na osobnych egzaminach rangi krajowej lub regionalnej?
[JS] Rozmawiałem na temat ilości uczestników z kilkoma osobami i opinie są zgodne. Feliks Hoff stwierdził, że być może to ostatnie seminarium w tej postaci. Właśnie ze względu na ciągle wzrastającą ilość chętnych. Ale na przeszkodzie stoi tu IKF, która z jednej strony nie pozwala na egzaminowanie bez udziału „swoich” ludzi, a z drugiej nie za bardzo chce (pewnie ze względu na koszty) delegować komisję częściej. Zdaniem większości moich rozmówców egzaminy na niższe stopnie (1-2 dan) mogłyby bez problemu odbywać się przed komisją europejską.
[MM] Kolejny wniosek jest taki, że jest nas coraz więcej w Europie środkowo-wschodniej. W naszej kategorii wystartowały w sumie 23 osoby z Polski, Czech, Węgier, Rosji, Łotwy i Rumunii. W kolejnych latach należy spodziewać się wzrostu tej liczby. Kto wie, czy w niezbyt odległej przyszłości nie zorganizujemy w naszej części Europy regionalnego seminarium egzaminacyjnego.
[JS] Warto trochę opowiedzieć o miejscu w którym byliśmy. Kompleks sportowo-konferencyjny składający się z kilkunastu obiektów znajdował się tuż przy Commerzbank Arena (stadion Eintrachtu Frankfurt). Warunki bytowe, lokalizacyjne i komunikacyjne po prostu świetne! Dla chętnych polecam zajrzenie
tu i
tuByło tam wszystko, co może być potrzebne (od sal konferencyjnych po basen i kręgielnię, z bardzo dobrym wyżywieniem i krytym parkingiem włącznie). Wizyta w takim miejscu pokazuje boleśnie jak daleko jest nasz polski sport (nawet ten olimpijski) w tym zakresie. Zastanawialiśmy się gdzie w Polsce moglibyśmy zrobić podobną imprezę i jak na razie nic nie przychodzi nam do głowy (chodzi o sale, ilość osób, komunikację itd.). Fajnym pomysłem było też zaproszenie na seminarium
sprzedawców sprzętu do kyudo z Niemiec. Mieli sporą ilość łuków i różnych innych drobiazgów. Ceny niestety dość wysokie.
[WR] Dla mnie największy „plus” z pobytu ukryty jest w najdotkliwszym „minusie”: doświadczenie kosmosu własnej niewiedzy i zgubnej mgły braku umiejętności przy dyskretnym i precyzyjnym wsparciu ze strony naprawdę doskonałych nauczycieli pozwoliło określić sposób przemieszczenia się w zadanym kierunku, w pożądany sposób, z przewidywalnym skutkiem.
Innymi słowy: choć po raz kolejny dowiedziałem się jak wiele nadal nie wiem okazało się to budujące - tego wszystkiego można się nauczyć.
Nawet dowiedziałem się „jak” to osiągnąć. Wystarczy cierpliwie, uważnie i systematycznie powtarzać.
[JS] „Grono pedagogiczne” rzeczywiście było bardzo dobre. Z naszymi podgrupami zajęcia prowadzili Tryggvi Sigurdsson i Giorgio Lucchesi oraz Hans de Wekker i Charles-Louis Oriou. Ostatniego dnia przybyła szanowna komisja złożona z japońskich hanshi. Troszeczkę liczyłem na to, że uda się im poprzyglądać (szczególnie owianej niemal legendą Mariko Satake), ale niestety mieliśmy dane spotkać się tylko podczas egzaminu. Ich wiedza zastrzeżona była dla uczestników następnej części seminarium (czyli od 4 dan wzwyż).
[WR] Nie zaskoczyła mnie ilość osób. Wiedziałem, że będzie nas tam sporo. Ale zaskoczyła mnie spójność tego zespołu. Nadal nie wiem, jak to nazwać, ale tam, pomimo zgromadzenia ponad trzystu nieznanych sobie wzajemnie osób wszystko działo się tak, jak powinno się dziać.
[JS] Nie wiem ile w tym zasługi „ducha kyudo” a ile precyzji niemieckiej organizacji. Pewnie i jedno i drugie miało swój wkład, bo w ubiegłym roku w Anglii było podobnie. Było widać, że wszyscy wiedzą dobrze po co tam są.
[WR] To jedno z niewielu takich zbiorowisk ludzkich, w których nie trzeba było nadmiernie rozwiniętego zmysłu obserwacji by zobaczyć jak teoria działa w praktyce.
Chwilami zresztą miałem wrażenie zacierania się granicy pomiędzy teorią a praktyką. Teoria stawała się praktyką. I odwrotnie.
[JS] Potrzebne było bardzo mocne skupienie. Szczególnie pierwszego dnia zdarzało mi się „wyłączać” kiedy czekałem na swoją kolejkę do strzału przez godzinę lub dłużej. Jeśli nie słyszysz komentarzy i uwag senseia to przyglądanie się błędom innych nie jest najlepszym sposobem do nauki. My mieliśmy szczęście, że kilka dni wcześniej mogliśmy na spokojnie poćwiczyć w Obornikach. Na seminarium tego typu nie da się „nauczyć”. Można próbować tylko „nasączyć się” tą mieszanką teorii i praktyki tak, żeby starczyło na następnych kilka miesięcy. Osobiście mniej niż rok temu zapisałem konkretnych uwag. Ale podobnie jak Witek zaczynam wyczuwać (bo to jeszcze nie jest z pewnością ogarnianie), że „przed nami wielka przestrzeń”.
Jakoś nie mogę pozbyć się odczucia, że egzaminy na 1 i 2 dan zostały „odbębnione”. Oczywiście cieszę się bardzo że zdaliśmy wszyscy, ale patrząc z boku wyglądało to tak, jakby sama obecność wystarczała do zaliczenia. Na seminarium A (najwyższym) już tak lekko nie było (jedna osoba na 35 zdała egzamin na renshi, a tylko dwie inne na 6 dan).
[WR] Postanowienia? Konsekwentnie, systematycznie i uważnie robić to co do tej pory. Tylko z tą różnicą, że teraz już uważnie, systematycznie i konsekwentnie. Bo wiem po co.
Wniosek: w takich wydarzeniach trzeba uczestniczyć. Nie tylko dla samego bycia tam, bo to i męczące, kosztowne, nużące i stresujące. Ale za to ożywcze, inspirujące, rozwijające i wspierające. Bycie tam jest ważne również dlatego, że jest potrzebne nie tylko tym, którzy tam byli ale też tym, którzy tym razem nie pojechali. Z tych samych powodów.
[JS] Wyczytałem gdzieś ostatnio, że aby wyćwiczyć mięśnie trzeba wystrzelić 60.000 strzał. Kolejne 60.000 da odpowiednią technikę, a jeszcze następne – odpowiednią grację. Gdybyśmy strzelali po 100 strzał w tygodniu (a zimą bywa w praktyce i mniej) to pierwszy etap będziemy mieli za sobą już po około 11 latach… Nie wiem czy zdążymy z pozostałymi elementami jeśli nie postawimy na systematyczność.
[WR] Plan? To jeszcze nie plan. To wyzwanie. Co zrobić, żeby jednak wiosną 2010 roku uczestniczyć w seminarium w Japonii? Bo to, że warto to wiadomo. Pozostaje pytanie "jak?" tam się dostać. Na początek wystarczy coś niedużego, ale za to uważnie, cierpliwie i systematycznie...
Wrażeniami dzielili się:
Witek Rychłowski [WR]
Michał Mazurek [MM]
Janusz Surma [JS]