Relacje
[1]  2  >  >>  
Seminarium w Warszawie
Michał Mazurek
Wszystko zaczęło się w Wiedniu. To tam zapadały decyzje czy i kto z nauczycieli przyjedzie na Pierwsze Warszawskie Seminarium Kyudo. Ostatecznie swój przyjazd zapowiedzieli Diethard Leopold i Christian Ofenbauer.
Potem była druga faza czyli poszukiwanie sali w stolicy. Zadanie okazało się trudne gdyż oferowane na rynku obiekty nie spełniały parametrów cenowych. Korty tenisowe na których odbyła się nasza impreza zostały nam udostępnione nieodpłatnie przez Pana Bernarda któremu niniejszym bardzo dziękujemy.
Trzecia faza, czyli ostateczne przygotowania trwała krótko, bo niecałe 2 tygodnie. Sztab pracował jednak wydajnie i ostatecznie wszystko odbyło się zgodnie z planem.
Z powodów zdrowotnych w ostatniej chwili swój przylot odwołał Diethard. W tej sytuacji poproszony przez Christiana miałem zaszczyt asystować mu w trakcie seminarium.
Szesnastu uczestników przez 2 dni dzielnie zmagało się z panującym w obiekcie chłodem, pękającymi cięciwami, latającymi łukami i zbyt małymi makiwarami. Podczas finału turnieju kończącego drugi dzień seminarium zmagano się także z niedającymi się trafić tarczami. Ostatecznie najlepszą celnością popisał się Jan Fijałkowski pokonując Tomka Leszkowicza i Krzysztofa Haczka. Turniej był jednym z dwóch punktów kulminacyjnych tego weekendu. Wcześniej swoje pierwsze strzały do makiwary oddali najmłodsi członkowie naszej społeczności: Julia i Paweł.
Obecne seminarium było czwartą imprezą szkoleniową o zasięgu ogólnopolskim w ciągu ostatnich dwóch lat. Przez ten czas ukształtowała się grupa stałych uczestników. Tym razem skupiliśmy się na technice strzelania, co wielu z nas przyjęło bardzo entuzjastycznie. Jednym z tematów szkolenia było hanare jako etap pośredni między fazą nobiai i zanshin. Dobór tak zaawansowanego tematu może świadczyć o tym, że nasi mistrzowie doceniają postępy jakie czynimy.
Przed nami okres zimowego wygnania ze strzelnic na wolnym powietrzu. Postarajmy się, ukryci w zaciszu treningowych sal ćwiczyć wytrwale elementy, nad którymi pracowaliśmy w trakcie obecnego seminarium. Następna okazja do rozwijania swoich umiejętności już na wiosnę.
A spotkamy się w szerszym gronie już niedługo – w trakcie kolejnego Turnieju Noworocznego w Warszawie. Już zapraszamy. Szczegóły niebawem.
KEKS
Witek Rychłowski
KEKS - Krótka eskapada ku skuteczności (Wiedeń, 5-6 września 2009)
Tym razem pojechaliśmy pociągiem. Do zera spadło ryzyko utknięcia w korku czy pomyłki w tankowaniu . Wystartowaliśmy o czasie. Wiedeń powitał nas piękną pogodą. W nocy trochę padało. Wraz z naszym przybyciem – przestało .
Droga do Dojo utartym szlakiem. Bez sensacji.
Powitanie w Dojo - jak wśród przyjaciół. Serdecznie. Jak zwykle.
Zaczynają się zajęcia. W kimonach. Dla nas oznacza to midori geiko. Nie protestujemy. W końcu nie mamy kimon. To proste.
Trzech ludzi czaruje przestrzenią. Widać, że robią to razem nie pierwszy raz. Pełna harmonia. Dbałość o wszystko, wszędzie i bez przerwy. To wystarczyło by zrobić to świetnie. Proste.
Tak nam się wydawało. Dopóki dwa kolejne zespoły doświadczonych kyudoków nie zostały poproszone o powtórzenie tego co zobaczyli.
Zrobili to najlepiej jak umieli. A i tak zimne oko kamery wypatrzyło kilka rozbieżności pomiędzy symultanicznie ćwiczącymi dwoma zespołami. Czyli ktoś coś gdzieś zrobił nie tak jak trzeba. Proste.
Całość prowadzi John Bush – przemiły człowiek ,który ciężką pracą i wieloletnim zaangażowaniem, samodzielnie zdobywał wielką wiedzę w kwestiach Kyudo – dzieli się swoim doświadczeniem chętnie. Opowiada z polotem o wielu sprawach. Pokazuje. Instruuje. Dowcipnie komentuje.
Pierwszy dzień był poświęcony prawie w całości Kaizoe, jego roli i znaczeniu, detalom tworzącym całość.
Poza wieloma cennymi uwagami o charakterze instrukcji John opowiadał między innymi o jednej z odpowiedzialności Kaizoe. Kaizoe ma dbać o to by łucznik wychodząc do strzału miał ze sobą nie tylko rękawicę ale i łuk. A i strzały mogą być przydatne. Opowiadał o wielkich łucznikach, którzy z emocji ruszali w stronę shai bez łuku. W sumie ja też znam jednego mistrza, który usłyszał stojąc już na honza - ..” te, Jasiu, strzały se weź” Czyli u nas też jest po mistrzowsku. To proste.
Potem Taihai.
Co Wam będę opowiadał… Wniosek jest prosty: trzeba to ćwiczyć.
Potem sesja friszutingu. Z osobistym komentarzem od gościnnie prowadzących zajęcia instruktorów.
Nasz zespół przechwycił jedną z takich uwag, którą wysoki Dan przekazał półszeptem innemu wysokiemu Danowi. Ale, wrócę jeszcze do tego na koniec.
Wieczorem jak zwykle miła atmosfera podczas wspólnej kolacji. Proste.
Nocleg tam gdzie tanio i przyjemnie.

Drugiego dnia doświadczamy od rana dynamiki i różnorodności form Kyudo.
Pokaz za pokazem. Kończę drugą baterię w kamerze. Dzieje się . Nie ma czasu na refleksje. Trzeba notować. Trzeba uważać.
John opowiada o kulisach i mniej znanych faktach z historii Kyudo w Europie. O mistrzostwach, o rywalizacji.
Właśnie.
Zaczyna się rywalizacja. Najpierw drużynowo. Po dziesięć osób jednocześnie strzelamy do dużego , kolorowego celu. Każdy zespół odda sto strzałów. Rywalizują trzy zespoły. Dynamiczne strzelanie, bez miejsca na błędy czy niepotrzebne rozmyślania. Jeden zespół natychmiast zastępuje drugi na shai. Ustępujący zbiera strzały następnych, liczy punkty. Atmosfera robi się gorąca. Dwa zespoły na koniec mają równą ilość punktów. Będzie walka o pierwsze miejsce. Mamy tylko po jednej strzale…
(John robi przerwę. Zachowuje się jak zawodowy trener. Zwołuje naszą drużynę. Ma dla nas coś ważnego. Robi poważną minę. Otaczamy go ścisłym kręgiem. Nadstawiamy ucha. John konfidencjonalnym szeptem: „Powiem wam w tajemnicy, jak trafić. Uwaga,… Celujcie… w żółty środek”… Milczymy chłonąc mądrość tej uwagi . Po dobrym ułamku sekundy wybuchamy śmiechem . Istotnie. To celna rada. To w co my celowaliśmy do tej pory?...)

Zawody kończą się zwycięstwem jednej z drużyn – jednym punktem! Na sto oddanych strzałów…

I zmierzamy do końca . A na koniec turniejowe strzelanie do „Golden Target” (Złoty cel). Malutkie mato , wielkości czarnego środka Hoshi mato. Strzelamy pojedyńczo. Od najmniej doświadczonego do najbardziej utytułowanego. Emocje sięgają zenitu już przy pierwszym strzale młodziutkiego Austriaka, który właśnie po raz pierwszy założył swoje hakama… Jego strzała szybuje pewnie do celu i – chybia o mniej więcej centymetr… Potem wszyscy po kolei próbujemy. Lekcja pokory za lekcją pokory. W to małe coś naprawdę trudno jest trafić. W kolejce ustawia się już sam Diethard… Ale stojący przed nim Christian – spokojnie i pewnie przebija złote mato i tym samym kończy turniej./ Oklaski. Gratulacje/
Potem już tylko ceremonia pożegnania.
Kilka osób przygląda się z uwagą polskiej delegacji.
Okazało się , obaj delegaci z Polski mają na imię Witek.
- Czy w związku z tym, jesteśmy braćmi? – pada pytanie.
Wyjaśniliśmy, że raczej jednak chyba prawdopodobnie z dużą dozą prawdopodobieństwa w świetle posiadanej przez nas wiedzy na temat materiału dowodowego – nie.

Christian obiecuje że nas odwiedzi w listopadzie razem z Lilo. Jest szansa , żeby kobiety dostały instruktarz od kobiety!.
Bez ceregieli zapraszamy Johna Busha do Warszawy. A on… przyjmuje Musimy tylko ustalić termin. Wiosną. To proste.

I wróciliśmy do domu
Tyle.
A , obiecałem jeszcze o tych cennych uwagach zasłyszanych.
Otóż, wysoki Dan, wysokiemu Danowi, niemal na ucho przekazał tajemnicę skuteczności. Nasze służby przechwyciły tę informację bo po prostu stały blisko i usłyszały:
„ … and You know, it works better if the left hand is … towards the mato…”
(w wolnym tłumaczeniu : „ wiesz, to będzie lepiej działać, jak lewa ręka będzie bardziej w stronę mato”)
Dalej nie słyszałem. Bo zemdlałem. Ze śmiechu. Takie to proste.
Dzień Japoński na Malcie
Jakub Pięta
Dnia 6. września 2009 roku mieliśmy zaszczyt gościć na „Dniu Japońskim na Malcie”
w Poznaniu. Pojechaliśmy tam na zaproszenie Jaśka Adamskiego z zaprzyjaźnionego sklepu „Samurai”.
Dzień rozpoczął się dla nas jak zwykle wcześnie rano, gdyż droga z Łodzi do Poznania, pomimo autostrady, jest niestety dość długa. Poranek był rześki aczkolwiek pochmurny. Jechaliśmy w trójkę Tomek, Janusz i ja. Dla każdego z nas wyprawa na poznańską Maltę była pierwszą okazją zobaczenia tego miejsca na własne oczy.
Po dotarciu na miejsce ukazał się nam wspaniały widok olbrzymiego ośrodka „Malta Ski” ze słynnym jeziorem, na którym nasi kajakarze odnieśli legendarne już zwycięstwa. Po szybkiej inspekcji terenu zdecydowaliśmy się rozstawić nasza strzelnicę tuż nad jeziorkiem. Dzięki uprzejmości właścicieli pobliskiej knajpki zyskaliśmy też idealne miejsce, z którego moglismy oddawać strzały do mato.
Program pokazów przewidywał, że wystąpimy na pobliskiej scenie aż trzykrotnie. Ale oczywiście dla nas to zdecydowanie za mało. Postanowiliśmy wykorzystać nadarzającą się okazję i postrzelać na naszej strzelnicy. Szybko okazało się, że jak to zwykle bywa, wzbudzamy nie lada sensację i po chwili byliśmy już obserwowani przez wielu ciekawskich. Oczywiście jeśli ktoś miał ochotę i odwagę mógł spróbować swoich sił w kyudo. Janusz z ojcowską cierpliwością, tłumaczył zawiłości techniki, a ja z Tomkiem pomagaliśmy mu w tym zadaniu z całych sił.
Otwarcie pokazów zaszczycił swą osobą Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Japonii w Polsce, pan Ryuichi Tanabe, który wygłosił ciepłe przemówienie odnoszące się również, do przypadającej w tym roku 90-tej rocznicy wznowienia stosunków polsko – japońskich. Oprócz tego w otwarciu uczestniczył także prezydent miasta Poznania pan Ryszard Grobelny.
Na pokazach można było zobaczyć, prócz kyudo, wiele tradycyjnych japońskich sztuk walki, w tym kendo, judo, czy karate. Dzień byłby naprawdę udany gdyby nie aura, która niestety nie sprzyjała. Było chłodno, a do tego, co jakiś czas mżawka przechodząca w lekki deszczyk przerywała nam nasz trening i musieliśmy chować się, by deszcz nie uszkodził drogocennego sprzętu. Na zakończenie było oczywiście tradycyjne zdjęcie grupowe i biesiada przy piwie.
Niestety, co dobre szybko się kończy i zachodzące słońce przypomniało nam, że czas ruszać w drogę powrotną. Mamy nadzieję, że za rok impreza odbędzie się ponownie, zgodnie z obietnicą pana Ryuichi Tanabe. Jeśli tak, z pewnością tam będziemy, by szerzyć ducha kyudo na całą Polskę.
Ścieżki, drogi i autostrady łuku
Michał Mazurek
Miałem przyjemność być gościem warsztatów organizowanych w dniach od 7 do 17 sierpnia przez Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice. 11 sierpnia pojechałem do tego niezwykłego miejsca oddalonego tylko kilkanaście kilometrów od Lublina na zaproszenie pana Mariusza Golaja z misją przeprowadzenia pokazu i wygłoszenia wykładu na temat Drogi Łuku. Uczestnicy warsztatów przyjęli mnie bardzo ciepło dzięki czemu nie czułem tremy występując przed ponad 20 osobową widownią wśród której oprócz gości z Polski były osoby z wielu innych krajów w tym z Japonii, Wielkiej Brytanii i USA. Większość słuchaczy po raz pierwszy widziała strzelający yumi. Tematem przewodnim mojego wystąpienia był motyw drogi w Kyudo. Starałem się opowiedzieć o moim sposobie rozumienia „–do” w Kyudo jako ciągu zdarzeń prowadzących do celu jakim jest pozwalanie łukowi na strzelanie bez naszej ingerencji ponad to co niezbędne. Mówiłem o upokorzeniu, zwątpieniu i bezsilności ale również o radości, wierze i świadomości samorozwoju czyli o naszym chlebie powszednim. Droga w opowieści wiła się jak ścieżka z której łatwo zboczyć ale po jej pokonaniu można dotrzeć do drogi która kiedyś może urośnie do rozmiarów autostrady. Na koniec opowiedziałem o technice strzału a każdy uczestnik miał możliwość dotknięcia łuku i napięcia go.
Niezwykły klimat pięknego miejsca jakim jest posiadłość Ośrodka jak również tworzona przez uczestników atmosfera sprzyjały koncentracji a godziny które spędziłem w Gardzenicach minęły szybko pozostawiając miłe wspomnienia i nadzieję na kolejne tego typu spotkania.
Dziękuję Pani Joannie Holcgreber za udostępnienie zdjęć.
Kolegom z klubu Kai dziękuję za umożliwienie mi wzięcia udziału w pokazie.
Zaległa relacja z Seminarium w Obornikach Śląskich.
Tomek Kochan
Zwyczajowo już nasze spotkania zaczynają się dzień wcześniej, tak też było i przy okazji Seminarium z nauczycielami z Austriackiej Federacji Kyudo.

Wraz z Jaśkiem i Januszem dojechaliśmy "na spokojnie" ok. godziny. 20-tej, zameldowaliśmy się w hotelu i zamówiliśmy pojazd pasujący do pogody, lało jak diabli więc padło na taryfę, tak by każdy mógł napić się piwka przy posiłku. Spotkaliśmy sporą paczkę na wrocławskim rynku, ale ponieważ niektórzy byli umęczeni podróżą nie traciliśmy czasu i od razu udaliśmy się by zjeść i uzupełnić poziom elektrolitów ;-)

W sobotni ranek byliśmy zwarci i gotowi, dojechaliśmy na salę w Obornikach Śląskich, obiekt świetny i znany już nam z tegorocznego II Wrocławskiego Turnieju Kyudo.

Po krótkim powitaniu nauczyciele z Autrii, Christian i Diethard zaprezentowali piękną ceremonię wg szkoły Bishu Chikurin-ha dedykowaną pamięci Tomka Czujowskiego.

Byłem pełen obaw co do nastrojów panujących podczas Seminarium, ale niepotrzebnie. Spotkanie to można ująć za "zanshin" w pożeganiu Tomka, czuć było skupienie, uwagę i wiele chwil zadumy. Wierzę, że Tomek chciałby by tak to się odbyło!

Po raz kolejny ćwiczenia oscylowały wokół odpowiedniej formy, tempa, stosownego zachowania, technika była planem dalszym. Wszystko okazywało się trudniejsze. Chodzenie jest trudne, zachowanie odstępów, równej linii szeregu.
Bardzo pouczające było ćwiczenie gdy poprawialiśmy siebie wzajemnie, pokazywało, że sporo błędów potrafimy zauważyć, gorzej z oceną ich wagi. Widać było analogię w uwagach naszych nauczycieli ze starym przysłowiem:

"By nauczyć się latać najpierw trzeba nauczyć się chodzić."

Nie można zwracać uwagi na nadgarstek gdy łucznik ma złą postawę itd.

Na zakończenie obejrzeliśmy ceremonię hitotsu mato sharei (czyli ceremonialne strzelanie przez kilku łuczników do jednej tarczy).

Ważnym i niezwykle miłym elementem Seminarium był spędzony wspólnie wieczór. Niewymierną wartością tych spotkań jest ludzki wymiar, poznajemy się coraz bliżej, coraz lepiej się rozumiemy, to wszystko co przeżywamy jednoczy nas.

Wielkie podziękowania dla całej grupy Wrocławiaków, a szczególnie dla dzielnej Joasi Klimy.




Seminarium nadal trwa ...
Michał Mazurek, Witek Rychłowski, Janusz Surma
[WR] Na seminarium było... właściwie, raczej wciąż „jest”. Tak, to chyba pierwsza i najważniejsza refleksja. To seminarium nadal trwa.
Ale zaczęło się już w drodze...Zatrzymani wcześniej w pobliżu stacji benzynowej podczas rutynowego ćwiczenia z uważności przy tankowaniu, nie wiedzieliśmy jeszcze jak ważne będzie to przypomnienie podczas kolejnych dni.
Podróż pełna przygód w wielokilometrowym korku ponownie zatrzymana, dała chwilą wytchnienia niespodziewanie przypomnieć sobie o cierpliwości. To było ważne przypomnienie.
Zwątpienie dawało się uciszyć tylko wsparciem zespołu.
Nie było lekko.
Nic to. Daliśmy radę.

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że kolejne dni będą przypominać nam o tych trzech prawdach niezmiennie.

Najważniejsze to zachować uważność. I znów to samo, co zawsze. Lewa bardziej w stronę mato. To ułatwia trafianie. Uważaj co robisz. Uważaj jak to robisz. Uważność.

Najlepszym sposobem na powtórzenie ruchu instruktora jest powtarzanie ruchu instruktora. I jeszcze raz to samo. Tylko teraz trzeba zrobić to dobrze. Taaaa, dobrze. No, to jeszcze raz. Aż będzie naprawdę dobrze. Cierpliwość.

A żeby było łatwiej to do Twojej dyspozycji jest jeszcze czterech ludzi. I macie to zrobić równo. Równo to znaczy inaczej, niż robicie to teraz. Jeszcze raz. Wszyscy razem. Zespół.

I dlatego daliśmy radę.

[JS] Jak zwykle Witek wycisnął esencję. I kilka kolejnych „złotych myśli” do naszego kącika.

Tak naprawdę impreza zaczęła się wykluwać dla nas w połowie lutego, kiedy dzięki wydeptanym rok wcześniej ścieżkom dostaliśmy informację o tegorocznej edycji EKS. Początkowo było sporo obaw, czy uda się zapisać (ciągle nie mamy krajowej organizacji), ale tutaj duże podziękowania dla Senseia Feliksa Hoffa. Od dłuższego czasu zauważa obecność kyudo w „nowych” krajach i stara się ten rozwój aktywnie wspierać. To dzięki niemu wszyscy chętni mogli w seminarium uczestniczyć (pomimo problemów z miejscem) a najliczniejsza grupa (z Niemiec) miała osobne seminarium nieco wcześniej, żeby umożliwić uczestnictwo kyudokom z innych krajów. Problemem oczywiście są i pewnie będą finanse. Koszt seminarium wynosił w tym roku około 350 EUR (ale w tej opłacie było już kompletne wyżywienie i noclegi). Do tego podróż do Frankfurtu i kieszonkowe na „zimne napoje”. Biorąc dodatkowo pod uwagę wysoki kurs EUR to nie jest to pozycja, którą można zaniedbać w rocznym budżecie. Niestety w przyszłym roku jak wiadomo seminarium odbędzie w Japonii, więc koszty będą jeszcze większe.

[MM] Formuła seminarium w obecnej formie powinna ulec zmianie w kierunku redukcji liczby uczestników. 350 osób w kategorii mudan-shodan oznaczało bardzo niewiele możliwości do strzelania podczas zajęć. Być może celowe byłoby umożliwienie zdawania egzaminów najliczniej reprezentowanym grupom, a więc francuskiej i niemieckiej, na osobnych egzaminach rangi krajowej lub regionalnej?

[JS] Rozmawiałem na temat ilości uczestników z kilkoma osobami i opinie są zgodne. Feliks Hoff stwierdził, że być może to ostatnie seminarium w tej postaci. Właśnie ze względu na ciągle wzrastającą ilość chętnych. Ale na przeszkodzie stoi tu IKF, która z jednej strony nie pozwala na egzaminowanie bez udziału „swoich” ludzi, a z drugiej nie za bardzo chce (pewnie ze względu na koszty) delegować komisję częściej. Zdaniem większości moich rozmówców egzaminy na niższe stopnie (1-2 dan) mogłyby bez problemu odbywać się przed komisją europejską.

[MM] Kolejny wniosek jest taki, że jest nas coraz więcej w Europie środkowo-wschodniej. W naszej kategorii wystartowały w sumie 23 osoby z Polski, Czech, Węgier, Rosji, Łotwy i Rumunii. W kolejnych latach należy spodziewać się wzrostu tej liczby. Kto wie, czy w niezbyt odległej przyszłości nie zorganizujemy w naszej części Europy regionalnego seminarium egzaminacyjnego.

[JS] Warto trochę opowiedzieć o miejscu w którym byliśmy. Kompleks sportowo-konferencyjny składający się z kilkunastu obiektów znajdował się tuż przy Commerzbank Arena (stadion Eintrachtu Frankfurt). Warunki bytowe, lokalizacyjne i komunikacyjne po prostu świetne! Dla chętnych polecam zajrzenie tu i tu
Było tam wszystko, co może być potrzebne (od sal konferencyjnych po basen i kręgielnię, z bardzo dobrym wyżywieniem i krytym parkingiem włącznie). Wizyta w takim miejscu pokazuje boleśnie jak daleko jest nasz polski sport (nawet ten olimpijski) w tym zakresie. Zastanawialiśmy się gdzie w Polsce moglibyśmy zrobić podobną imprezę i jak na razie nic nie przychodzi nam do głowy (chodzi o sale, ilość osób, komunikację itd.). Fajnym pomysłem było też zaproszenie na seminarium sprzedawców sprzętu do kyudo z Niemiec. Mieli sporą ilość łuków i różnych innych drobiazgów. Ceny niestety dość wysokie.

[WR] Dla mnie największy „plus” z pobytu ukryty jest w najdotkliwszym „minusie”: doświadczenie kosmosu własnej niewiedzy i zgubnej mgły braku umiejętności przy dyskretnym i precyzyjnym wsparciu ze strony naprawdę doskonałych nauczycieli pozwoliło określić sposób przemieszczenia się w zadanym kierunku, w pożądany sposób, z przewidywalnym skutkiem.
Innymi słowy: choć po raz kolejny dowiedziałem się jak wiele nadal nie wiem okazało się to budujące - tego wszystkiego można się nauczyć.
Nawet dowiedziałem się „jak” to osiągnąć. Wystarczy cierpliwie, uważnie i systematycznie powtarzać.

[JS] „Grono pedagogiczne” rzeczywiście było bardzo dobre. Z naszymi podgrupami zajęcia prowadzili Tryggvi Sigurdsson i Giorgio Lucchesi oraz Hans de Wekker i Charles-Louis Oriou. Ostatniego dnia przybyła szanowna komisja złożona z japońskich hanshi. Troszeczkę liczyłem na to, że uda się im poprzyglądać (szczególnie owianej niemal legendą Mariko Satake), ale niestety mieliśmy dane spotkać się tylko podczas egzaminu. Ich wiedza zastrzeżona była dla uczestników następnej części seminarium (czyli od 4 dan wzwyż).

[WR] Nie zaskoczyła mnie ilość osób. Wiedziałem, że będzie nas tam sporo. Ale zaskoczyła mnie spójność tego zespołu. Nadal nie wiem, jak to nazwać, ale tam, pomimo zgromadzenia ponad trzystu nieznanych sobie wzajemnie osób wszystko działo się tak, jak powinno się dziać.

[JS] Nie wiem ile w tym zasługi „ducha kyudo” a ile precyzji niemieckiej organizacji. Pewnie i jedno i drugie miało swój wkład, bo w ubiegłym roku w Anglii było podobnie. Było widać, że wszyscy wiedzą dobrze po co tam są.

[WR] To jedno z niewielu takich zbiorowisk ludzkich, w których nie trzeba było nadmiernie rozwiniętego zmysłu obserwacji by zobaczyć jak teoria działa w praktyce.
Chwilami zresztą miałem wrażenie zacierania się granicy pomiędzy teorią a praktyką. Teoria stawała się praktyką. I odwrotnie.

[JS] Potrzebne było bardzo mocne skupienie. Szczególnie pierwszego dnia zdarzało mi się „wyłączać” kiedy czekałem na swoją kolejkę do strzału przez godzinę lub dłużej. Jeśli nie słyszysz komentarzy i uwag senseia to przyglądanie się błędom innych nie jest najlepszym sposobem do nauki. My mieliśmy szczęście, że kilka dni wcześniej mogliśmy na spokojnie poćwiczyć w Obornikach. Na seminarium tego typu nie da się „nauczyć”. Można próbować tylko „nasączyć się” tą mieszanką teorii i praktyki tak, żeby starczyło na następnych kilka miesięcy. Osobiście mniej niż rok temu zapisałem konkretnych uwag. Ale podobnie jak Witek zaczynam wyczuwać (bo to jeszcze nie jest z pewnością ogarnianie), że „przed nami wielka przestrzeń”.
Jakoś nie mogę pozbyć się odczucia, że egzaminy na 1 i 2 dan zostały „odbębnione”. Oczywiście cieszę się bardzo że zdaliśmy wszyscy, ale patrząc z boku wyglądało to tak, jakby sama obecność wystarczała do zaliczenia. Na seminarium A (najwyższym) już tak lekko nie było (jedna osoba na 35 zdała egzamin na renshi, a tylko dwie inne na 6 dan).

[WR] Postanowienia? Konsekwentnie, systematycznie i uważnie robić to co do tej pory. Tylko z tą różnicą, że teraz już uważnie, systematycznie i konsekwentnie. Bo wiem po co.

Wniosek: w takich wydarzeniach trzeba uczestniczyć. Nie tylko dla samego bycia tam, bo to i męczące, kosztowne, nużące i stresujące. Ale za to ożywcze, inspirujące, rozwijające i wspierające. Bycie tam jest ważne również dlatego, że jest potrzebne nie tylko tym, którzy tam byli ale też tym, którzy tym razem nie pojechali. Z tych samych powodów.

[JS] Wyczytałem gdzieś ostatnio, że aby wyćwiczyć mięśnie trzeba wystrzelić 60.000 strzał. Kolejne 60.000 da odpowiednią technikę, a jeszcze następne – odpowiednią grację. Gdybyśmy strzelali po 100 strzał w tygodniu (a zimą bywa w praktyce i mniej) to pierwszy etap będziemy mieli za sobą już po około 11 latach… Nie wiem czy zdążymy z pozostałymi elementami jeśli nie postawimy na systematyczność.

[WR] Plan? To jeszcze nie plan. To wyzwanie. Co zrobić, żeby jednak wiosną 2010 roku uczestniczyć w seminarium w Japonii? Bo to, że warto to wiadomo. Pozostaje pytanie "jak?" tam się dostać. Na początek wystarczy coś niedużego, ale za to uważnie, cierpliwie i systematycznie...

Wrażeniami dzielili się:
Witek Rychłowski [WR]
Michał Mazurek [MM]
Janusz Surma [JS]
Wiedeń - P.S.
Witek Rychłowski
Dlaczego Kyudo jest sportem zespołowym?

Między innymi dlatego, że sam siebie zobaczyć nie możesz.
Widzisz, że twoje starania nie przynoszą oczekiwanego efektu. I już wiesz, że coś robisz nie tak jak trzeba. Ale sam siebie nie widzisz - nie wiesz co jeszcze mógłbyś poprawić.
Musisz komuś zaufać. Komuś, kto obdarzy Cię swoją uwagą na tyle, że będzie mógł i chciał podzielić się tym co zobaczył. Podpowie.
Nie dziękuj. Zrób to samo.
Tylko najpierw sprawdź, czy ktoś czeka na Twoją podpowiedź.

Czasem słowa nie wystarczą. Czasem szybciej i łatwiej wytłumaczyć coś pokazując. Ale najbardziej czytelne uwagi są wtedy, gdy poprowadzisz kogoś za rękę.
Zanim weźmiesz kogoś za rękę, zawsze warto spytać czy wolno Ci dotykać.
Wszyscy potrzebujemy życzliwego dotyku, nikt jednak nie chce się poczuć dotknięty. Prawda?
II Wrocławski Turniej Kyudo
Jakub Pięta
W sobotę 6 czerwca 2009 roku odbył się po raz drugi Wrocławski Turniej Kyudo. Jednakże, tak jak i w ubiegłym roku, wszystko zaczęło się dzień wcześniej...
Piątkowy wieczór. Po prawie pięciu godzinach męczącej jazdy samochodem, dotarliśmy na miejsce naszego noclegu. Był to malowniczo położony ośrodek wypoczynkowy w Wilczynie Leśnym. Dokoła las (jak sama nazwa wskazuje), jeziorko, cisza i spokój. Nie trwało to jednak zbyt długo. Względną ciszę przerwało niezwykle ciepłe powitanie jakie przygotowali nam członkowie Wrocławskiego Stowarzyszenia Kyudo. Potem poszło już szybko, ktoś przyniósł grila, ktoś inny brykiet i podpałkę, w czarodziejski sposób pojawiła się kiełbasa i kilkanaście butelek trunku domowej roboty. Tak więc należało jak najprędzej rozpocząć medytacje nad kiełbaską, i to nie jedną...
Rozmowom nie byłoby końca, gdyby nie zmęczenie podróżą (w końcu był to piątek i większość w tym dniu pracowała). Udaliśmy się więc na zasłuzony odpoczynek by następnego dnia rano świeży, zwarci i gotowi stanąć do turnieju na sali w Obornikach Śląskich.
Sobotni poranek był niezwykle rześki pomimo świecącego (dla niektórych zbyt ostro) słoneczka. Po przygotowaniu stanowisk strzeleckich i wylosowaniu numerów startowych uczestnicy oddali pokłon w kierunku kamiza. Turniej rozpoczęła ceremonia
hitotsu-mato za-sharei (ceremonialne strzelanie do jednej tarczy), wykonana przez przedstawicieli trzech największych stowarzyszeń kyudo w Polsce.
Reguły zawodów były proste: 5-cio osobowe grupy, pierwsza seria strzelań (6 kolejek po 4 strzały), przerwa i druga seria analogiczna do pierwszej. Zwycięzcą zostaje zawodnik z największą ilością trafień. I tak po niezwykle zaciętej dogrywce zwycięzcą II Wrocławskiego Turnieju Kyudo został Michał Mazurek (Mazowieckie Stowarzyszenie Kyudo), drugi był Janusz Surma z Klubu Kyudo Kai, a trzecie miejsce przypadło Pawłowi Andrysiakowi z Wrocławskiego Stowarzyszenia Kyudo. Niestety rozegrany po oficjalnym turnieju mini-turniej, w którym strzela się do złotego mato średnicy 9 cm, zakończył się nierozstrzygniony. Nikomu z piątki najlepszych łuczników turnieju zasadniczego nie udało się trafić w złoty krążek.
Za rok spotkamy się wspólnie na III Wrocławskim Turnieju Kyudo, jednakże w międzyczasie czeka nas jeszcze wiele interesujących spotkań z kyudo.
[1]  2  >  >>  
Klub Kyudo Kai 2008-2009
Powrót na górę




 
http://www.marymont.signaart.com.pl/toplista/
Katalog Ciekawych Stron - Zapraszamy!